Pamięci konspiratorów krakowskiego Kedywu AK

Strona główna Czytelnia Osoby Szare Szeregi

Stefan Rzeźnik, Nie będzie prochu dla armat...


Z Pamięci konspiratorów krakowskiego Kedywu AK

[w:] Dynamit. Z dziejów Ruchu Oporu w Polsce Południowej, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1967



W pierwszych miesiącach okupacji hitlerowcy próbowali znaleźć drogę do narodu polskiego, ale przekonali się niebawem, że wszelkie ich wysiłki są daremne i nie dają żadnych efektów.

Polska Partia Socjalistyczna w Krakowie, na czele której staje tow. Józef Cyrankiewicz, sekretarz Okręgowego Komitetu Robotniczego PPS, przeorganizowuje swoje szeregi i dostosowuje się do działalności konspiracyjnej, tworząc małe grupy ludzi. Ludzi najbardziej oddanych i przygotowanych do prowadzenia walki podziemnej z okupantem.

Jedną z pierwszych akcji oddziałów bojowych PPS w Krakowie, już w roku 1940, było spalenie około 500 wagonów zmagazynowanego siana w Zakładach Sodowych „Solvay” w Borku Fałęckim.

Na wiosnę 1940 roku OKR-PPS w Krakowie otrzymał informację z oddziału bojowego w Borku Fałęckim, że Niemcy rozpoczynają magazynowanie siana na terenie zakładów Solvay. Z początku trudno było zrozumieć, dla jakich celów potrzebne jest Niemcom magazynowanie siana. Dopiero pod jesień stało się zrozumiałe, kiedy Niemcy sprowadzili maszyny i rozpoczęli belowanie. W tym czasie wywiad organizacyjny ustalił, że siano ma zostać zbelowane i wywiezione do fabryk dla produkcji celulozy. Niemcy wzmocnili oddziały wartownicze dla zabezpieczenia przygotowanego siana do wywózki.

Na początku listopada 1940 roku tow. Marian Bomba poinformował OKR-PPS w Krakowie, iż organizacja w Solvayu, którą kieruje tow. Kałuża, ustaliła, że Niemcy z każdym dniem przyspieszają przygotowania i podstawiają wagony dla wywiezienia zbelowanego siana. Po otrzymaniu powyższego meldunku OKR-PPS w Krakowie wydał polecenie organizacji w Borku Fałęckim spalenia zmagazynowanego siana z upozorowaniem samozapalenia, polecając tow. Marianowi Bombie przygotowanie akcji.

Tow. Marian Bomba bezzwłocznie porozumiał się z Janem Kałużą, polecając mu w szczegółach rozpracowanie całego terenu, na którym znajdował się magazyn. Oddział składający się z bojowców: Jan Kałuża, Edward Figuła, Władysław Cieluch, Stanisław Kaczor, Władysław Urbanik, Józef Mrugała i Piotr Zborowski - miał za zadanie przeprowadzenie dokładnej obserwacji, z ilu Niemców składa się straż wartownicza, w jakich okresach następują zmiany, w jakich odstępach czasu wartownicy obchodzą magazyn i na co najbardziej zwracają uwagę. Jan Kałuża, jako komendant oddziału w Solvayu, otrzymał polecenie opracowania szkicu terenu i wskazania drogi, jaką bojowcy przejdą pod magazyn, miejsca dla zabezpieczenia ochrony i drogi powrotu, oraz punktów zabezpieczających w wypadku stoczenia walki z wartownikami niemieckimi.

Marian Bomba w tym czasie już w Solvayu nie pracował, ponieważ od kilku miesięcy był poszukiwany przez gestapo. Jako łącznika używał Stanisława Kaczora, który wówczas pełnił funkcję portiera Salvayu oraz głównego kolportera organizacyjnego.

Po całkowitym opracowaniu planu spalenia magazynu z sianem Kałuża przekazał tow. Bombie cały plan działania do akceptacji. Marian Bomba po zapoznaniu się z opracowanym planem i po uzgodnieniu z OKR-PPS w Krakowie terminu akcji wydał polecenie, że spalenie magazynu nastąpi w dniu 21 listopada 1940 roku o godzinie 19 z tym, że podłożona świeca zapalająca miała działać z pewnym opóźnieniem, aby oddział mógł się bezpiecznie wycofać na czas i by była możliwość zorganizowania społeczeństwa do ewakuacji z tego terenu. Ogień miał powstać dopiero za 3-4 godziny.

W przygotowaniach brali także udział: Edward Figuła, Władysław Cieluch, Władysław Urbanik, Józef Mrugała i Piotr Zborowski. Zadaniem ich była obserwacja Niemców w czasie pożaru, włączenie się do prac i pozorowanie gaszenia ognia, a równocześnie poznanie ewentualnych zamiarów Niemców w stosunku do Polaków. Bezpośrednimi wykonawcami byli: Marian Bomba, Jan Kałuża i Jan Rzepa.


Przebieg samej akcji w relacji Mariana Bomby, przedstawionej w kilka dni później na zebraniu OKR-PPS w Krakowie, był następujący:

„Na kilkanaście minut przed godziną 19 podeszliśmy pod płot i po odsunięciu uprzednio podciętych desek weszliśmy wszyscy troje na teren Zakładów. Następnie byliśmy zmuszeni podczołgać się pod znajdujące się w pewnej odległości krzewy, by stamtąd z kolei przebiec około 100 metrów pod sam magazyn, gdzie znajdowała się żelazna drabina, przymocowana do muru. Po niej można było wyjść na dach magazynu i w odpowiednim miejscu wietrzników umieścić świecę zapalającą, dla spowodowania po kilku godzinach pożaru magazynu.

Zatrzymaliśmy się przez dłuższą chwilę ukryci w krzewach celem zaobserwowania wartowników i przeczekania ich obchodu, którego zawsze, jak zdołano zaobserwować, dokonywali razem, dozorując w ten sposób magazyn i otoczenie. Prawie cały teren przy magazynie był oświetlony. Oczekiwanie zaczęło być denerwujące, gdyż trwało już około 20-30 minut. W pewnym momencie nastąpiła chwila bardzo krytyczna, gdyż strażnicy dość blisko podeszli do krzewów, czego przedtem nigdy nie robili, i oświetlili nasze ukrycie w krzakach latarkami. Z ich zachowania dało się odczuć, że coś podejrzewają. Tuż obok naszej kryjówki rozpoczęli rozmowę ze sobą, jak gdyby nawzajem się upewniali, że w krzakach nie ma nikogo. Po chwili jednak zdecydowali się na dalsze przejście.

Był to moment, gdy przygotowani byliśmy do obrony, ale obawy nasze okazały się przedwczesne i wartownicy po wzajemnej wymianie zdań poszli w kierunku drugiego magazynu, tj. aż do samego toru kolejowego. W momencie kiedy żołnierze znikli nam z oczu, przebiegliśmy szybko pod magazyn z sianem, w miejsce gdzie znajdowała się wymarzona drabina. Na rogach magazynu pozostali dla obserwacji i ubezpieczenia Kałuża i Rzepa, ja sam zdjąłem buty i w skarpetkach wyszedłem po drabinie na dach magazynu.

Otwór wietrznika znajdował się w odległości około 50 metrów. Będąc na miejscu, wyjąłem przygotowaną świecę oraz kleszcze, którymi zgniotłem szklanną rurkę oddzielającą kwasy, a w której pozostawała jedynie cienka gumka dla dalszego zabezpieczenia. Miała ona zostać zniszczona przez te kwasy dopiero za kilka godzin i spowodować oczekiwany pożar.

Jednakże w pośpiechu i zdenerwowaniu, przecinając rurkę szklaną, przeciąłem równocześnie i gumkę, co spowodowało natychmiast połączenie się kwasów z materiałem palnym i świeca zapaliła mi się w rękach. Wrzuciłem więc zapaloną świecę do wietrznika, co spowodowało wybuch i silną detonację gazów nagromadzonych w wietrznikach. Natychmiast pobiegłem z powrotem w kierunku drabiny i po raz drugi usłyszałem detonację, a następnie powstał ogień, który zapalił dach prawie na całej przestrzeni. Bez chwili zastanawiania się przebiegliśmy tą samą drogą, nie zauważeni przez nikogo, do otworu w ogrodzeniu zakładów.”


Później stwierdzono, że niemieccy żołnierze na widok palącego się na całej przestrzeni dachu pobiegli z powrotem koło magazynu tą samą drogą, którą dopiero co przechodzili, i nie mogli zauważyć bojowców przebiegających przez podwórze z drugiej strony magazynu. Po wykonaniu akcji i bezpiecznym opuszczeniu terenów Solvayu przez całą trójkę Jan Kałuża udał się ponownie do zakładu głównym wejściem, celem pozorowania pomocy w gaszeniu ognia i zorientowania się w wynikach. A oto jak później relacjonował:

„Cały dach magazynu z sianem stał w płomieniach. Pomagający przy gaszeniu robotnicy opowiadali, że słyszeli najpierw głośny syk, jakby para uchodziła z lokomotywy, a potem wybuch i cały dach zaczął się palić na całej swojej przestrzeni. Widok był przerażający. Przestraszeni żołnierze wzywali wszystkich do pomocy w gaszeniu ognia. Zaalarmowane straże przybyły w kilka minut na miejsce. W tłumieniu ognia brały udział: straż pożarna krakowska, z Wie-liczki, z Mogilan i Kobierzyna, oraz miejscowa straż Solvayu. Następnie w kilkanaście minut potem przyjechało gestapo. W pierwszej chwili Niemcy obserwowali akcję gaszenia pożaru, następnie uwaga ich skierowała się na palący się magazyn. Ogień w kilkanaście minut powiększył się tak dalece, że uniemożliwiał zbliżenie się strażakom w pobliże magazynu. Strażacy lali więc wodę na dolną część zmagazynowanego siana, chcąc w ten sposób zabezpieczyć jego część i zapobiec rozszerzaniu się pożaru.

Gestapowcy natychmiast wezwali kilku niemieckich żołnierzy prowadzili z nimi rozmowy wyjaśniające. Można było domyślić się z gestykulacji żołnierzy, którzy w pewnych momentach pokazywali gestapowcom dach, że wskazywali miejsce, gdzie najpierw powstał ogień. W pewnym momencie jeden ze strażników niemieckich przyprowadził pracownika Solvayu, który potwierdził jego słowa, że też widział, jak ogień zajął najpierw dach na całej przestrzeni, a potem słychać było wybuch.”

Gestapo przesłuchiwało bardzo wielu robotników, pracujących wówczas na nocną zmianę. Jak stwierdziliśmy później, gestapowcy więcej podejrzewali samych żołnierzy niemieckich, że paleniem papierosów spowodowali pożar, niż dopuszczali możliwość sabotażu. Przesłuchiwani Polacy często spotykali się z zapytaniami: kto widział pierwszy ogień i gdzie zaczął palić się magazyn, na dole czy na górze?

W kilka dni potem, na podstawie wywiadu prowadzonego przez członków naszego oddziału sabotażowego: Władysława Cielucha, Edwarda Pigułę, Piotra Zborowskiego, Józefa Mrugałę, Stanisława Kaczora i Władysława Urbanika, dalej pracujących w Solvayu, uzyskano wiadomości, które wyjaśniły, dlaczego gestapo chciało ustalić, kto i gdzie widział pierwszy ogień. Wobec olbrzymich strat, jakie spowodował pożar, próbowano oskarżać również żołnierzy niemieckich, że niedbale pilnowali magazynu i Polacy podpalili zgromadzone zapasy siana.

Ponieważ oskarżenie takie groziło im sądem wojennym, bronili się wyjaśniając, że nastąpił wybuch gazów, spowodowany wadliwa instalacją odprowadzania gromadzących się gazów, jak również wadliwą instalacją elektryczną, a zapalenie się dachu najlepiej świadczy o tym, gdyż nikt nie mógł wyjść na dach przez nich nie zauważony. Sami żołnierze niemieccy tłumaczyli się zeznaniami Polaków, którzy również widzieli, że ogień powstał na dachu, i w dodatku na całym dachu jednocześnie. Był to więc przypadek, a nie akcja sabotażowa. Ogień gaszono przez następne kilka dni. Jak później mieliśmy możność ustalić, spalił się cały magazyn z zawartością około 500 wagonów siana, które Niemcy mieli zewidencjonowane w swoich zapasach z przeznaczeniem dla fabryki celulozy.


Przypisy:


Skocz do: Strona główna Czytelnia Osoby Szare Szeregi